Sardynia Południowa

Rejs Sardynia

Do Cagliari doleciałem prosto z Grecji, gdzie przez tydzień robiliśmy Posejdona w bambuko (o tym rejsie w innym artykule). Lekko zmęczony, ale pozytywnie nastawiony na dobry rejs i trochę odpoczynku po intensywnej załodze z poprzedniego tygodnia.

Jacht wraz z innymi stał gotowy na nabrzeżu. Pani Bosman przekazała mi checklistę, abym sam sprawdził jacht i na koniec razem omówimy istotne kwestie. Jako że jednostka była nowa (300mth na silniku) checkin przeszedł błyskawicznie – wszystko jest, jacht na prawdę super wyposażony, robimy przekaznia z Panią Bosman, pytam o prognozy – jak będzię? Pani Bosman pochyliła głowę i w charakterystycznym włoskim geście mruknęła o nonono. Pytam co? Maestral. Pytam czy długo? O nononono. Pytam ile? Quattro o cinque giorni. O nononono. Do Carloforte nie dopłyniecie.

Pięknie.. Załogę, z którą płynę poznałem na targach i zachęcałem do spędzenia cudownego czasu na Sardynii, gdzie z reguły nie wieje za mocno, plaże są białę, zatoczki puste, jedzenie wybitne i jest to moim zadniem najpiękniejsza wyspa na Morzu Śródziemnym.

Tydzień kucia – będzi wesoło.

Załoga zjawiła się około 2200, szybko wrzuciliśmy rzeczy na jacht i ruszyliśmy w miasto na kolację. Caliari nie jest typowy włoskim miastem. Ma w sobie jakiś duch kolonializmu, gdybym tam wylądował nie wiedząc gdzie jestem powiedziałby, że to chyba jakiś port Portuglii. W restauracji - iak to w Italii -gadania było dużo, czekania jeszcze więcej, ale w końcu kady dostał swój posiłek.

 

W niedzielę rano po śniadaniu ruszyliśmy na zachód. Wiatr tężał z każdą godziną. Kiedy osiągnął 30 węzłów stwierdziłem , że jeśli powieje więcej wracamy do Cagliari, aby nie ryzykować wchodzenia do małego portu przy silnym wietrze. Na szczęście nieco się wydmuchało i do Porta Tuelada wchodziliśmy przy lekkiej 5. Swoją drogą port ma falochrony oceaniczne, więc i przy 9 spokojnie można myśleć o wejściu.

W poniedziałek ruszyliśmy w kierunku Carloforte podziwiając wyspę i klify południowego wybrzeża Sardynii. Najpiękniejsza zdecydowanie jest krowa i jej ciele – dwie wyspy znajdujące się obok siebie. Skądinąd już przerabialiśmy ten temat kilka lat temu - dopływając do Irlandii od zachodu mijamy po kolei wyspy Bull, Cow oraz Calf – widać inne morza a tradycja ta sama.

Carloforte powitało nas cudną panoramą miasteczka. W samym porcie marin jest kilka, my wybraliśmy Marina Di Carloforte w NW kącie basenu portowego – cena ok 45 EUR za 45 stóp, nowiutkie i czyściutkie sanitariaty, dostępna nawet pralka.

Wieczorem spacerek po mieście, no i to co we Włoszech jeść należy – pizza! Carloforte to stare miasteczko, więc jest tu mnóstwo wąskich uliczek, gdzie łatwo i przyjemnie się zgubić. Rano małe (miały być) zakupy w lokalnej cukierni i jesteśmy gotowi do żeglugi!

Mając za sobą dwie noce w marinach postanowiliśmy rozpocząć bardziej "dziką" część naszego rejsu. Pobyt w Carloforte zakończyliśmy uzupełnieniem zapasów w supermarkecie (150 m od mariny).

Po wyjściu portu skierowaliśmy się do jednej z pięknych okolicznych zatok na kąpiel, nurkowanie, opalanie etc.

Później popłynęliśmy w kierunku słynnych skał Punta delle Colonne a dalej wzdłuż malowniczych klifów Nido dei Passeri. Klify ciągną się przez kilka kilometrów i dalej można zatrzymać się w Cala Grotta o ile nie ma wiatru. My wiatr mieliśmy, więc skierowaliśmy się dalej na wschód.

Na nocleg wybraliśmy Porto Pino. Warto zaznaczyć, że w marinie jest metr głębokości, więc nie ma szans wejść jacht. Podczas Maestralu da się jednak zakotwiczyć zaraz przed portem i mieć dobre schronienie za Punta Tonnara na noc. Wieczór minął szybko. Załoga udała się na ląd - restauracje przy plaży są dla tzw. turystów masowych – nie polecamy! Aby odwrócić złą passę kolacji, rano udaliśmy się na Spiaggia delle Dune – plażę na wydmach. Znajduje się 800m od punta Tonnara, natomiast nie zapewnia żadnego schronienia przed wiatrem,więc jeśli wieje to na noc odpada. Sama plaża w moim osobistym rankingu jest w top 1o na świecie. Piasek jest biały, woda przejrzysta, z kotwicowiska na ląd jest ok 400m, a na lądzie wydmy!! Jest to niewątpliwie jedno z najpiękniejszych miejsc na Sardynii – spokojnie może konkurować ze słynną różową plażą na Costa Smeralda.

Po wycieczce na wydmy i pływaniu wśród białego pisaku nasz jacht skierował się znowu na wschód. Tym razem za cel obraliśmy kotwicowisko w miejscowości Nora. Kolejne miejsce dobrze chroniące podczas wiatru z Zachodu. Przy samym brzegu piękne, piaszczyste plaże, wykopaliska, które warto zwiedzić i super miejsca do nurkowania. Największe wrażenie robią podwodne głazy znajdując się w samy środku zatoki – uwaga podczas kotwiczenia.

Kolejnego ranka po porannej kawce i kąpieli obraliśmy kurs na ostatni port przed powrotem do Cagliari – Villasimus. Przelot 30 m baksztagiem wydawał się czystą przyjemnością. Po opuszczeniu zatoki okazało się, że nie wieje 25 knt jak w prognozie, ale 35 knt, podnosi się stroma fala (bo płytko) i ogólnie nie jest najprzyjemniej. Na szczęście nastroje dopisywały a i tydzień na kołyszącym się jachcie zrobił swoje i do portu Villasimus dotarliśmy w doskonałym stanie. W samej marinie marinero zaordynował, że będziemy stawać z wiatrem (co kardynalnie kłóci się z moimi poglądami mówiącymi, że gentlemani pływają z wiatrem a cumują pod wiatr) ale Włocha nie przegadasz i z pomocą jego RIBa zacumowaliśmy bezpiecznie. Wieczór spędziliśmy w restauracji w marinie (gdzie serwują doskonałą rybę), a następnie na jachcie, pokazując, że polskie załogi bawią się do końca.

W piątek rano odwiedziliśmy cudowną zatoczkę przy Spiaggia di Carbonara. Bogactwo ryb, form skalnych i widoki były przepiękne. Pomimo usilnych prób ryby złowić się nie udało – jakieś cwane były. Po południu spokojnie wróciliśmy do Cagliari i tak zakończył się ten piękny tydzień wśród niezwykłej sardyńskiej przyrody.

Ulubione Porównaj
Loading